A Coruña, part 3.

A Coruna jest kapryśna, chyba jak większość miast w Galicji. Pogoda zaskakuje codziennie, raz słońce, za moment ulewa, później wichura a w przerwie między tym wszystkim przejrzyście niebieskie niebo. Jednak, mimo wszystko – polubiłyśmy się z miastem i trochę się przywiązałyśmy. Szczególnie do oceanu, który zapiera dech w piersiach.

Liczne klify i miejsca przy wybrzeżu, gdzie można obserwować, czasami naprawdę przeogromne fale. Takich miejsc w Corunii jest mnóstwo. Park przy Torre de Hércules czyli nadal działającej latarni morskiej z II wieku zbudowanej przez Rzymian czy park na Monte de San Pedro, z którego rozciąga się fenomenalny widok na całe miasto. Miejsca klimatyczne, zadbane, rażące zielenią trawy nawet w grudniu. Definitywnie w Corunii można odnaleźć wiele zieleni, mnóstwo uroczych miejsc na popołudniowy piknik, na spacery które mimo tego, że mogą trwać nawet pół dnia nie nużą, widoki rekompensują zmęczenie! Nawet za naszym blokiem odnalazłyśmy mała klimatyczną wioskę z stadkiem owiec, końmi, kotami-włóczęgami. Kilkaset metrów dalej jest kolejny park z przyrządami do street workout, pagórkami, skałkami, mini jeziorkiem. Miłośnicy zielni zdecydowanie pokochają to miejsce.

Bardzo nas zaskoczyła ilość muzeów w Corunii to, że większość z nich bez problemu możemy zwiedzać za darmo. Podczas Semana de la Ciencia, czyli Tygodnia Nauki załapałyśmy się na darmowe wejście do Casa de las Cienas, gdzie była możliwość przeprowadzenia samodzielnie przeróżnych eksperymentów a poza tym zobaczyłyśmy narodziny małych kurczaków w inkubatorze. Kolejnym punktem Tygodnia Nauki było Oceanarium (Aquarium Finisterrae), gdzie spędziłyśmy świetne trzy godziny. Dziwne stwory morskie, rekin, imitacja łodzi podwodnej, roślinność morska, karmienie fok, rewelacyjne widoki etc. Jednym minusem było to, że w Oceanarium nie było ani krzty informacji w języku angielskim w przeciwieństwie do Muzeum Nauki. Innymi muzeami, które widziałyśmy były: Muzeum Sztuk Pięknych, w których podziwiałyśmy dzieła autorstwa Rubensa czy też Francisca Goi; Muzeum Archeologiczne w Zamku San Anton przy porcie, Muzeum Militariów w którym były również polskie eksponaty. Jeszcze kilka wizyt przed nami, bo muzea to chyba jedna z wizytówek Corunii.

Życie płynie nam tutaj zdecydowanie wolnej i spokojniej. Sjesta chyba aż za bardzo wdała się w naszą codzienność, ale nie mamy jej tego za złe! W życiu miejskim bardzo podoba nam się ten hiszpański zwyczaj i chętnie przeniosłybyśmy go do Polski, ale niestety, zostały nam tylko dwa miesiące na sjestowanie.
Komunikacja miejska w mieście, oprócz czasami zwariowanych kierowców, jest bardzo dobrze zorganizowana. Jest dużo linii, darmowe przesiadki. Jak większość mieszkańców Corunii zaopatrzyłyśmy się w Tarjeta Metropolitana, czyli bilet, który możemy doładować w banku według własnych potrzeb (jeden przejazd z możliwościami przesiadek w ciągu 45minut kosztuje 0,85 euro). Poruszanie się pieszo jest jedną z najlepszych opcji poznania miasta, gubienie się w uliczkach, szczególnie w starego miasta zawsze zaskakuje. Mnóstwo klimatycznych knajpek w wąskich ulicach, zapachy z tapas barów. To miejsce w mieście jest zdecydowanie najbardziej przepełnione ludźmi, szczególnie w weekendowe noce gdzie wiele osób stoi przed barami bo w nich już nie ma miejsca, pomimo tego, że są praktycznie jeden koło drugiego. Ludzie tutaj są straszliwie towarzyscy, uwielbiają wychodzić i poznawać nowych ludzi.

Kultura kierowców i ogólnie poruszanie się po mieście na początku nas dziwiło. Wieczne wycie klaksonów, parkowanie dosłownie wszędzie i byle jak – standard na ulicach. Bardzo pozytywnie natomiast zaskoczyło nas to, że w Corunii pieszy jest zawsze na pierwszym miejscu! Popieramy! Przechodzenie na czerwonym świetle to standard nawet gdy obok stoi policjant. Jeśli chodzi o rowerzystów – nie ma ich zbyt wielu w samym mieście, mimo możliwości wypożyczenia miejskiego roweru i wielu ścieżek rowerowych przy oceanie. Ludzie tutaj zdecydowanie uwielbiają spacery i nigdy im się nie spieszy. Mają dużo zdrowsze podejście do życia – na wszystko przyjdzie czas, wszystko się załatwi, ale raczej jutro niż w tej chwili. 😉 Na pierwszy rzut okna możemy zauważyć, że są bardzo rodzinni. Rankiem w drodze na uczelnię mijamy wielu rodziców, który odprowadzają dzieciaki ubrane w prześliczne mundurki do szkoły, wieczorami dzieci bawią się na ulicy podczas gdy rodzice i reszta rodziny rozsiadają się przy barowych stolikach zajadając tapas i popijając wino.

Mimo początkowych trudności w odnalezieniu się w nowych warunkach, ogarnianiu formalności za nic nie oddałybyśmy chwil na Erasmusie. Polecamy każdemu kto ma możliwość! Erasmus dał nam okazję do lepszego poznania siebie, przekonania się że damy sobie radę w każdych warunkach. Oprócz tego, ciągłe poznawanie nowej kultury, zwyczajów, ludzi, jedzenia. Każda z nas, właśnie w Hiszpanii spróbowała po raz pierwszy owoców morza czyli kolejnej wizytówki Galicji. Ale o tym innym razem!

¡Entonces, hasta la próxima!

Weronika, Sylwia, Ania & Karolina

Napisano w główny nurt Tagi:

Dodaj komentarz