Erasmus – Magdeburg

Obiecałem zagrać rolę korespondenta z pierwszej linii magdeburskiego frontu. Jako informator rzetelny i twardy, nie będę się rozwodził nad mą niedolą małego trybika, mielonego co i rusz w potężnej machnie urzędniczej. A właściwie w dwóch machinach jednocześnie. Zamiast tego przyjrzymy się różnicom i – co bardziej zaskakującym – podobieństwom między uczelnią polską, a niemiecką. Będzie kilka takich wpisów, więc na początek temat: Teksty i podejście do studenckich „kserówek”.

Żeby ograniczyć gawędziarską naturę, postaram się wypunktować:

 

1. Po pierwsze i najważniejsze chyba dla każdego studenta nauk humanistycznych: darmowe ksero! O Niebiosa! Że dane mi było dożyć tego dnia, kiedy przyszło mi skserować tekst na zajęcia na darmowym, ogólnodostępnym ksero. Jakość papieru jest raczej niska, ale śmiem sądzić, że jest to podyktowane nie tyle kwestią oszczędności, ile ekologią.

2. Żeby coś skserować na tym darmowym kserze, nie muszę wędrować zaraz do biblioteki. Na półce w tym samym pomieszczeniu stoją bowiem dziesiątki podpisanych segregatorów, w których na spragnionego wiedzy czytelnika czekają gotowe, wybrane, teksty. Czy to dobrze, czy to źle? Może mając w rękach książkę zerknęlibyśmy na całość? Wątpliwe, niewykluczone, więcej w punkcie dot. biblioteki.

3. Ponieważ wiele osób mogłoby poczuć, że kserując teksty, przyczyniają się do wycinki lasów równikowych, a w efekcie napędzają efekt cieplarniany itd., co naruszałoby ich spokojny sen sprawiedliwego, więc w trosce o te osoby, wykładowcy ślą studentom teksty w formie elektronicznej. Na stronie wydziału istnieje specjalna platforma Moodle (por. http://pl.wikipedia.org/wiki/Moodle), na którą dostęp mają studenci, a do konkretnych tekstów – uczestnicy poszczególnych kursów.

Jeśli wykładowca jest nieobeznany z systemem Moodle, to wysyła teksty w .pdf’ach studentom bezpośrednio na maile.

Zastanawiam się nad zorganizowaniem pikiety przeciwko takiemu traktowaniu – przecież mogę się czuć przytłoczony tak nachalnymi sugestiami, że tekst należałoby przeczytać.

4. Jeżeli jesteśmy – dajmy na to – prymitywistą i technofobem z zapatrywaniami ekologicznymi i w efekcie nie tylko nie chcemy używać ksera, ale też przesyłanych nam .pdf’ów, to możemy zawsze udać się do biblioteki, gdzie na osobnych półkach stoją specjalne zestawienia lektur zalecanych przez poszczególnych wykładowców. Fakt, że ten akurat punkt nie dotyczy wszystkich wykładanych przedmiotów, ale mimo to, jest miłym gestem.

5. Biblioteka.

To całkiem osobny rozdział. Jest ogromna i wypełniona na czterech, czy pięciu ogólnodostępnych piętrach półkami książek. Gra też rolę czytelni. O ile mnie pamięć nie myli, ma prawie milion woluminów, ale tylko część trzymana jest w podziemnym magazynie – większość można znaleźć na półkach. Dorzucę zdjęcia z wewnątrz jeśli takie będę miał, a tymczasem parę zdjęć frontu:

 

 

 

Jak widać biblioteka jest właśnie w remoncie. Dlatego też nie da się wejść na płaski dach, na którym co bardziej romantyczne dusze mogą spokojnie czytać w ciepłym sezonie.

Biblioteka pełna jest biurek z lampkami. Są osobne dźwiękoszczelne pokoje za szybami, zamykane na klucz – stworzone z myślą o osobach piszących prace magisterskie czy licencjackie. Jest też oczywiście wifi i tu czekała mnie niespodzianka – eduroam zalogował się sam, bez problemu, na login z UO. W przeciwieństwie do wifi tutejszego, które mimo logowań, rejestracji itd. uparcie dalej nie chce działać. Są wiklinowe fotele, trochę zieleni i mało wygodne krzesła – żeby dodać łyżkę dziegciu do beczki miodu.

Nie wolno wprawdzie mieć ze sobą napojów innych niż „woda w przezroczystej butelce” (cyt. za panią na szkoleniu bibliotecznym), ale kawa jest w kawiarence obok. Za to napoje wszelkiego rodzaju – z kawą i herbatą w kubkach, termosach itp. trzyma się oraz spożywa powszechnie na zajęciach. Szczególnie tych porannych. Trochę dziwny obyczaj, ale po zastanowieniu – chyba wart przeszczepienia i na polską ziemię.

 

—cdn.—

 

Napisano w główny nurt, Relacje z pobytów na stypendiach z programu Erasmus Tagi: , , ,
3 comments on “Erasmus – Magdeburg
  1. Michał Wanke napisał(a):

    I co, rzeczywiście czytają studenci? Da się to wychwycić? Czy właśnie ze względu na powszechne nieczytanie tyle desperacji (mówię to z naszej perspektywy kulturowej, bynajmniej nie złośliwie)?

    A ta platforma na Moodle jest zamknięta? A prosta i ładna? Moodle nie jest najpiękniejszy w czasach doświadczeń z GDocs, Mendeley czy Podio i innymi – nie do tego, ale podobnymi – serwisami. Poproszę kiedyś komentarz użytkownika Moodla.

  2. Katarzyna_M napisał(a):

    Dla części z nas takie udogodnienia to wręcz…kłody pod nogi:D Upada bowiem podstawowa forma wymówki(głównie przed samym sobą) czemu jest się nieprzygotowanym. „a bo nie można znaleźć tekstu…”
    Zgroza!
    Do tych dźwiękoszczelnych pomieszczeń, zieleni i kawiarni, mogliby dorzucić jeszcze pare wygodnych kozetek albo hamaczków, ostatecznie podać lokalizacje najbliższej siłowni, aby dać wytchnienie biednym studenckim kręgosłupom, zmęczonym po wielogodzinnym pisaniu prac 😀 Ale koniec szydery: super, że mają takie zaplecze. U nas chyba największy problem to faktycznie brak książek za to nadmiar osób „szepczących ” w czytelni.
    Co do kontaktu wykładowców ze studentami, ksera, pdf’ów to obawiam się, że u nas jest zupełnie inna era. Funkcjonujemy w systemie gdzie część ludzi ignoruje np dobrodziejstwa internetu. A niestety, żeby przejść do ery czegoś typu platformy Moodle lub choć tych nieszczęsnych pdf’ów trzeba na początek uwierzyć w możliwości jakie daje komunikacja choćby przez maila(niejednokrotnie sprawa może być o tyle ciężka, że jedna ze stron w ogóle nie jest w posiadaniu adresu mailowego )
    Mam nadzieje, że wkrótce opiszesz jakieś podobieństwa żebym się nie musiała z samego rana frustrować. Miłego 🙂

  3. piotr napisał(a):

    Jak dodam już zdjęcia tutejszego Instytutu Nauk Społecznych, to się uspokoisz, nie martw się. 😉 Jest w remoncie i to bardzo zasłużonym…

    Co się tyczy czytania, to zauważam, że jest tak jak u nas. Część czyta, część nie. Bo – jak wspomniała Kasia – brak tekstu to głównie wymówka.
    Ale zalety są inne: nie tracimy czasu na poszukiwania ani pieniędzy. Ja osobiście czytałbym mniej tych tekstów gdyby nie udogodnienia, bo znalezienie ich nie zawsze jest takie proste, a książki z biblioteki-czytelni często są wypożyczone. Więc jest to jakoś tam potrzebne. Zresztą dlaczego nie udogadniać sobie i innym życia jeśli można? Wykładowcy nie robią tego bo muszą, ale dlatego, że dano im taką możliwość.

    Moodle nie jest szczególnie piękny. Ot przejrzysty system w odcieniach biało – szarych, na którym można znaleźć swój kurs, a w nim plan kolejnych zajęć w semestrze (z datami) i przypisane do tych zajęć teksty w PDF – do ściągnięcia lub przeczytania z przeglądarki.
    Wykładowcy mogą tam też wrzucać inne ogłoszenia, ale z tej funkcji (słusznie) nie korzystają, bo skuteczniejsza komunikacja jest jednak per mail.
    A i jest to system zamknięty – trzeba być studentem albo wykładowcą. Najpierw zarejestrować się w oparciu o numer legitymacji i inne dane osobowe i wtedy wybieramy hasło – wspólne do uczelnianego wifi, moodle i pewnie innych rzeczy. Do tego każdy kurs jest zabezpieczony jakimś prostym hasłem kursu (które podaje wykładowca na pierwszych zajęciach). Myślę, że chodzi tu o prawa autorskie.

Dodaj komentarz